Logo Zaloguj / Zarejestruj
 
Profil
Magazyn
Miejsca
Obiekty
Recenzje
Relacje
Plany podróży
Trasy zwiedzania
Grupy
Galerie
Podróżnicy
Konkursy
Gry
 
  trasa podróży
Zobacztrase
Subskrypcja
Zobacz_profil
subskrypcja
Blog_19
Dodajdoschowka
· Spis treści relacji: 2

Powiązane obiekty:
Powiązane etapy planów podróży:




Tytuł relacji: Rallye du Maroc- czyli 7 dni na drogach i bezdrożach Afryki
Napisane przez: Szpulatek
Ocena: 1 (Głosów: 1)
Do_gory   W_dol
25.02.2016
0 km

Rallye du Maroc- czyli 7 dni na drogach i bezdrożach Afryki

 


Przyjdzie kiedyś taki czas, w którym od poniedziałku do piątku będziemy się budzić z uczuciem kłucia w sercu. Skończy się beztroskie leniuchowanie, imprezki w środku tygodnia, spanie do południa i inne przywileje nieposiadania pracy na pełen etat. Konfucjusz powiedział: "Wybierz pracę, którą kochasz, a nie będziesz musiał pracować nawet przez jeden dzień w swoim życiu" No patrzcie tylko jaki on mądry! Jeśli udała ci się ta trudna sztuka, to gratuluję z całego serca i oczywiście- zazdroszczę, bo my do tych szczęściarzy się nie zaliczamy.Nasze życie określa raczej inny cytat: „Kupujesz rzeczy, których nie potrzebujesz, za pieniądze których nie masz, by zaimponować ludziom, których nie lubisz.”— Fight Club 
Idąc dalej tym tokiem myślenia: chodzisz do pracy, której nienawidzisz, aby zarobić pieniądze, które wydajesz na paliwo potrzebne, żeby do tej pracy dojechać Czujecie to? Brzmi znajomo? To frustrujące, przyznacie.Internet aż kipi od blogów podróżniczych pełnych zdjęć opalonych szczęśliwych ludzi.Z zazdrością czytam o kolejnych wojażach znajomych i marzę... a gdyby to wszystko rzucić i wyjechać? Ale ... Zawsze jest jakieś ale. Ale pieniądze, ale praca, ale za co żyć, ale tak daleko od domu, ale jak opuścić strefę swojego komfortu? Może kiedyś.

Piszę to wszystko, aby przybliżyć wam trochę nasze skromne osoby. Żyjemy sobie od kilku lat w Szkocji. Praca na pełen etat, mieszkanie, samochód. SPOKÓJ. Nie ma na co narzekać, ALE dusza chciałaby czegoś więcej. To coś staramy się znaleźć podczas podróży. Nawet krótki wypad w weekend za miasto pozwala nam naładować akumulatory.

Niestety nie będzie w tej historii żadnego spektakularnego wręczania wypowiedzenia z pracy (a szkoda), nie będzie też super egzotycznej destynacji na końcu świata i podróży stopem w nieznane. W zamian za to chce się z wami podzielić relacją z tygodniowego wyjazdu do Maroko. Pomyślicie, że to blisko, że Maroko jest oklepane i bezpieczne. Wierzcie mi, jeśli opuszczacie Europę po raz pierwszy, to ten kraj jest dobry na start. W kwietniu z okazji moich urodzin Remi- mój chłopak, kupił nam bilety do Marrakeszu na początek grudnia. Chwała mu za to, bo trzymałam się tej myśli i miałam cel! Musiałam tylko wytrwać 8 miesięcy!
Oboje staraliśmy się spisywać nasze odczucia na bieżąco. Nie znajdziecie tutaj nazw restauracji, w których zjedliśmy piątego Tanjina. Nie skupialiśmy się na opisywaniu zabytków, ktoś bardziej kompetentny zrobił to w przewodnikach. Chcemy pokazać wam Maroko tak jak my je odebraliśmy. Miłej lektury.

 

Podróż zaczyna się na długo przed wyjazdem. Najpierw w twojej głowie rodzi się pomysł. Potem wszystko zaczyna się wokół niego kręcić. Czytasz setki informacji, przewodników, relacji i blogów. Karmisz swoje oczy tysiącami kolorowych zdjęć. Wyobrażasz sobie dane miejsce. Planujesz. Bukujesz noclegi i transport, drukujesz karty pokładowe. Pakujesz plecak na ostatnią chwilę. Ruszasz na lotnisko pełen nadziei i entuzjazmu. Siadasz wygodnie w fotelu, zapinasz pasy i lecisz...
Wszystkie wydarzenia miały miejsce w dniach 02/12/15 - 09/12/15

 

 

POCZĄTEK
Ostatnie rzeczy do plecaków trafiły wczoraj około północy. Kompletowanie kabli, ładowarek, dokumentów, płyt i innych pierdół zajęło nam czas do 2 w nocy. Kładąc się czułam już to przyjemne smyranie mojego podróżniczego ego. Samolot odlatuje o 11.30, na lotnisku byliśmy parę minut po 10. Ostatni raz leciałam easyJet w 2013 roku i wspominam go dobrze. Kolejka do wejścia nie była zbyt duża. Wchodząc na płytę lotniska zauważyłam, że naszym drugim pilotem jest kobieta. Remik skomplementował jej odwagę i powiedział, że z miłą chęcią powierzy swoje życie w ręce blondynki (naprawdę zapytał: kto ją tam wpuścił do cholery?!) Sprawnie zajęliśmy swoje miejsca. Czekaliśmy tylko na zamknięcie drzwi, gdy nagle w ich progu zjawiło się dwóch policjantów. Podeszli do młodego mężczyzny siedzącego w przednim rzędzie. Kazali mu wstać, zabrać bagaż oraz wszystkie jego rzeczy i wyprowadzili go z pokładu. Wszystko odbyło się prawie bez słowa. Chłopak się nie stawiał, więc go nie skuli. Facet, który siedział obok niego nie miał zbyt zadowolonej miny. Ja też się wystraszyłam, a wyobraźnia zaczęła wyrabiać 110%normy: kto to był? Może to terrorysta?! Pewnie wszyscy zginiemy! – lamentowałam. Po jego wyjściu załoga sprawdziła jeszcze schowki w obawie, że delikwent zostawił po sobie czegoś więcej. Nie zostawił. Mam nadzieje, bo pisze to, gdy jesteśmy 11 km nad ziemią i telepie nami jak głodnym po pustym sklepie.

 

 

MARRAKESZ
Marrakesz na dzień dobry. Zgodnie z moją „polduńską” duszą – nie wiem, czy taki dobry. Po wyjściu z samolotu dało się odczuć suche ciepłe powietrze niczym w Polsce w upalne dni. Mimo że temperatura wynosiła 19 stopni, to na sercu zrobiło się jakoś lepiej. Szkocja żegnała nas obfitym deszczem i wiatrem. To żadna nowość, bo od 5 tyg. Taki jest każdy dzień. Szary, bury i ponury. Odprawa paszportowa szła jak krew z nosa pod górkę. W końcu doczekaliśmy się pierwszej pieczątki i pewnie ruszyliśmy ku przygodzie. Po przejściu wszystkich zabezpieczeń udaliśmy się do kantoru po lokalną walutę. Nasz budżet na tydzień to 300 funtów. W zamian dostaliśmy 4320 Mad. Dla bezpieczeństwa podzieliliśmy tę sumę na pół tak, aby w razie kradzieży nie stracić wszystkiego.

Po ok. godzinie od wylądowania skierowaliśmy się do naszego hostelu. Taksówkarze odprowadzali nas tylko tęsknym wzrokiem. Stanowczo powiedzieliśmy im nie! Ruszyliśmy do centrum pieszo. Po kilku minutach wszystkie opowieści o ruchu drogowym w Maroko się urzeczywistniły. Chaos! Tak, to słowo mi tu pasuje. Chaos i szaleństwo. Na pierwszy ogień motory, skutery i inne jednoślady. Czy ktoś przejmuje się kaskiem? Nie. Czy ktoś używa kierunkowskazów? Raczej nie. Czy ktoś martwi się podwójna ciągłą, zakazem zawracania? Nie. Czy ktoś trąbi bez powodu? Wszyscy. Samochody- to dopiero ciekawy przypadek. Każdy, mam wrażenie, jedzie bardzo szybko. Zjeżdża drogę innym, trąbi, gdy tylko ktoś stoi na zielonym tysięczną sekundy za długo. Auta są porysowane i noszą ślady wielu stłuczek, ale jak jedzie, to jedzie i nie ma co drążyć.

Przy zachodzącym słońcu doszliśmy do bram medyny. W tej najstarszej dzielnicy miasta działa na nas milion bodźców. Nagle znaleźliśmy się w innym świecie, tak odległym od naszej europejskiej poprawności. Po pierwsze atakują nas dźwiękami. Z każdej strony coś rozprasza naszą uwagę. Motory, skutery, rowery, klaksony, nawoływania taksówkarzy, krzyki sprzedawców, głosy z meczetów, miks języków: francuski, arabski hiszpański i angielski. Tego jest naprawdę dużo za dużo. Dodamy do tego fakt, że znaleźliśmy się w nowym mieście o wąskich wijących się uliczkach, przeładowanych ludźmi i przedmiotami, które nasze oczy widzą po raz pierwszy. My z plecakami i wyrazem zagubienia w oczach, kluczymy w tym samym miejscu po raz enty, przyciągając uwagę lepiej niż lep na muchy. Co chwila, ktoś chce nam wskazać drogę, nie reagując na nasze sprzeciwy. Prowadzi nas, chociaż nie ma pojęcia czego szukamy. Dodam na koniec mocny zapach benzyny połączony z kanalizacją i Voila oto Marrakesz.

 

 

 

 

 

 

 

 

Plac Jemaa El Fna ożywa o zmroku. Restauracje wypełniają się turystami, którzy chcą podziwiać pocztówkowy widok, popijając słynną Berber whiskey (mocna i słodka zielona herbata z listkami mięty) na jednym z tarasów. Na placu można spotkać różnych „artystów”. Widać wielu Marokańczyków pozujących do zdjęć w tradycyjnych strojach, inny gromadzą się w grupkach i słuchają w napięciu jakichś historii. Gdzieś w tle słychać bębny, a tuż obok zaklinają węże. Spotkaliśmy nawet małpy w pampersach na smyczy. Spacerując pośród tych dziwów, podeszliśmy sprawdzić co przyciągnęło uwagę dużej grupy mężczyzn. Panowie pośrodku tego zbiorowiska zakładali rękawicę bokserskie i bawili się w Rockiego. Inni naturalnie mogli obstawiać. Serio? Brakowało w tym wszystkim tylko kolorowego jednorożca. Nie muszę chyba wspominać, że pomiędzy tym tłumem przeciskają się skutery? Przyznam, że jazda motorem w Marrakeszu wymaga wprawy w omijaniu przeszkód. Założę się, że z zawiązanymi oczami też by sobie poradzili.Lokalni próbują sprzedać ci wszystko. Wiele rzeczy wygląda tandetnie, niektóre zaś wydają się zdobione ręcznie. Umorusane matki z dziećmi żebrzą w uliczkach. Bąble od małego wiedzą, że turyści mają monety i wyciągają po nie ręce. Smutny obrazek. Z drugiej strony widać młodych Marokańczyków z nosami w smartphonach, jeżdżących drogimi suvami w dobrych markowych ciuchach.Mnie to wszystko przytłoczyło i zamiast z uśmiechem na ustach chłonąć atmosferę, przybrałam postawę obronną i marzyłam, tylko żeby znaleźć się z powrotem w hostelu. W grudniu dzień kończy się szybko. Ok. 19 nie ma już światła słonecznego. Wróciliśmy więc do naszego riadu. Padliśmy jak muchy

 

 

 

To niesamowite, że każdego wieczoru wszystkie te stoiska zostają rozstawione na parę godzin, a rano nie ma po nich absolutnie żadnego śladu. W jednym z takich stoisk spróbowaliśmy pierwszego tanjina i zakochaliśmy się w marokańskiej kuchni.

 

 

 

Marokańczycy kochają słuchać opowieści

 

 

 

 

Śniadania w tym kraju to nasz ulubiony punkt dnia. Jeśli wasz hotel oferuje wam nocleg z tym posiłkiem w cenie, to bez wahania go weźcie. Z reguły dostaniecie kawę lub herbatę do oporu + świeżo wyciśnięty sok, rogaliki maślane, naleśniki, które są absolutnie obłędne i nawet jeśli jakimś cudem udałoby mi się odtworzyć w domu, to na pewno nie będą smakować tak samo. Do tego wszystkiego dżemy, miód i oliwa. Śniadanie MISTRZÓW. Marokańska kuchnia na zawsze zostanie już w naszych sercach.

 

 

 

Sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy na placu Jemaa El Fna jest niepodważalnie numerem jeden wśród wszystkich soków jakie piliśmy w swoim życiu! Nie możecie wyjechać z Maroko bez jego spróbowania.

 

PRZYGODY Z AUTEM


Głównym celem w Maroko była noc na pustyni. Choćby się paliło i waliło, musimy dotrzeć na Saharę. Dzięki forum F4F znalazłam pochlebną opinię na temat wypraw organizowanych przez Mustafę https://cameltrekkingdesert.wordpress.com/about/. Najlepszym sposobem na dojazd do Merzougi jest wypożyczenie auta. Ceny są dosyć spore, długo szukaliśmy czegoś w rozsądnych granicach. Remi znalazł ofertę „Aircar” i zamówił małego piździka za 121 euro / 6dni z pełnym ubezpieczeniem. Nasze suzuki Celerio było do odbioru w piątek po 10. Po pysznym śniadaniu spacerkiem udaliśmy się w poszukiwaniu ubezpieczalni. Wystarczyło opuścić medynę i od razu Marrakesz stał się przystępniejszy. Szerokie ulice, więcej przestrzeni i nowoczesne dzielnice zmieniły nasze nastawienie do miasta. Dotarliśmy do „Aircar” grubo po 10 i zaczęliśmy wypełniać papierologię. Pan mówił prostym angielskim i poprosił Remka o dokumenty oraz kartę kredytową, aby zablokować depozyt w wysokości 9000mad ok. 615 funtów. Byliśmy przygotowani na taką kwotę. Pieniądze na koncie czekały, ale karta została odrzucona. Konsternacja! Co jest grane? Przecież mamy nawet więcej, niż trzeba na koncie. Dla pewności sprawdziłam wszystko raz jeszcze. Obydwie karty zostały odrzucone z tym samym komunikatem „conection problem”. Troszkę mi ciśnienie skoczyło. Nie mogłam uwierzyć, że odrzuca nasze karty. Jakie mamy teraz opcje?- pytamy. Jest jedna i to prosta: pan jako znawca wie, że mamy jakiś limit na koncie i łaskawie opuści nam kwotę depozytu na 4500tys mad (początkowo było 9000)- bo taką kwotę bank pozwoli mu zablokować, ale niestety musimy dopłacić 6 euro dziennie, co daje nam 42 euro za cały okres wypożyczenia. To wszystko jest co najmniej niedorzeczne, bo nie dalej jak w marcu byliśmy w Irlandii i także wypożyczyliśmy tam auto, a wypożyczalnia bez problemu zablokowała depozyt 1200 euro z tej samej karty, której teraz nagle zablokować się nie da? Cóż zrobić? Czas nagli, bez auta niczego nie zobaczymy, jak mus to mus. W końcu zostaje zablokowane 4.5tys mad i jesteśmy w plecy 42 euro. Chyba zostaliśmy tu zrobieni w tak zwane bambuko. Trzy razy jeszcze pytamy, czy dostaniemy zwrot depozytu? Tak, tak, siur, siur my friend. No nieźle sobie myślę. Startujemy z wysokiego c.

Dostajemy w końcu kluczyki do naszego wariata i jedziemy po zakupy na drogę. Niedaleko nas jest Carrefour. Trochę stresu przy włączeniu się do ruchu było, ale po paru minutach udajemy miejscowych kierowców trąbiąc, gdy tylko chcemy dać o sobie znać. W lekkich nerwach po aferze samochodowej wchodzimy do centrum handlowego, w którym z głośników słychać Maryśke i jej „All I Want For Xmas”. Cała galeria wystrojona jest w świąteczne ozdoby, a na środku można zrobić sobie zdjęcie z choinką. Tyle, jeśli chodzi o globalizację moi mili :) Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy wyjechali z miasta bez problemów. Ruszamy więc do naszej srebrnej strzały obładowani siatkami. Z daleka zauważyliśmy jakąś czerwoną kartkę za wycieraczką- mandat za brak opłaty parkingowej. Oboje wybuchamy śmiechem na widok parkometru tuż za naszymi plecami. Oczywiście chcieliśmy zignorować ten fakt, jak niby mieliby nas znaleźć i zmusić do zapłaty?! blokada na kole skutecznie wybiła nam ten pomysł z głowy. Podaje Remkowi mandat i mówię dzwoń. Po kilku próbach łączymy się z odpowiednimi służbami, ale nie możemy wytłumaczyć gdzie jesteśmy. Prosimy o pomoc młodego koleżkę, który akurat przechodził obok. Chłopak załatwił dla nas wszystko i odszedł z pięknym „Welcome to Marrakesh” na ustach. Za 20min i 40mad jesteśmy wolni i ruszamy na południowy wschód. Pierwszy przystanek Warzazat.Przeprawa samochodem przez Marrakesz to temat na osobną książkę. Styl i kultura jazdy wykracza daleko poza znane nam w Europie normy. Pasy i kierunki jazdy to rzeczy raczej umowne, a kierunkowskazy to rodzaj luksusu. Marokańczycy, wszystko, co robią na drodze sygnalizują klaksonem. Nieważne czy się wyprzedzają, czy włączają do ruchu, czy ot, tak po prostu się pozdrawiają, zawsze używają do tego klaksonu. Remkowi spodobała się jazda po mieście i już po kilku minutach złapał ich rytm, a z chaosu zrodził się pewien sens i harmonia.

 

 

 

AiT BEN HADDOU & WĄWOZY

Wczesnym popołudniem opuszczamy tłoczny Marrakesz i udajemy się do Warzazat. Co kilka kilometrów zatrzymywaliśmy się, aby podziwiać widoki. Trasa nie należała do męczących. Kilka rzeczy nas zaintrygowało. Jadąc w głąb kraju nie było momentu, w którym przy drodze nie siedzieliby ludzie. Najczęściej widzieliśmy ich bardzo blisko jezdni, albo spacerujących wzdłuż niej. Rozmawiali ze sobą, niektórzy zaś stali bezczynnie i obserwowali. Przypuszczam, że to po prostu ich codzienna rutyna. Lwią część stanowili mężczyźni. W Maroko widok dwóch mężczyzn trzymających się za rękę jest dość powszechny. To wyraz przyjaźni i szacunku do drugiej osoby. Homoseksualizm natomiast, jest surowo zabroniony. Kobiety przy drodze pojawiały się rzadziej i raczej nie odpoczywały. Zazwyczaj pracowały w polu, przewoziły drewno na opał na obładowanych do granic możliwości osłach, lub własnych plecach. Wypasały kozy, albo zajmowały się dziećmi. Oczywistym stwierdzeniem jest, że płeć piękna nie ma tam lekkiego życia.

 

 

 

Szczyty Atlasu Wysokiego na trasie z Marrakeszu do Ait Ben Haddou

 

 

 

Tizi n Tichka

 

 

 

Srebrna strzała w pełnej krasie

 

Po drodze do Warzazat zatrzymujemy się w Ait Ben Haddou. Jest to ufortyfikowana osada (ksar), która została wpisana na listę Unesco ze względu na swoje walory architektoniczne. Ponadto Ait Ben Haddou było miejscem kręcenia kilku filmów. Najpopularniejsze to „Gladiator”, „Babel”, „Mumia”, „Królestwo Niebieskie”, „Lorenc z Arabii”, „Książę Persji”, „Aleksander”. Ait Ben Haddou zmieniło się w fikcyjne miasto Yunkai i Pentos w serialu Gra o Tron. Przy zachodzącym słońcu spacerujemy uliczkami ksaru. Nie ma nachalnych sprzedawców i można poczuć magie tego miejsca.

 

 

 

Ait Ben Haddou przy zachodzącym słońcu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Późnym wieczorem dotarliśmy do naszego hostelu i zostaliśmy mile powitani. Specjalnie dla nas rozpalili ognisko, a towarzystwa dotrzymywał nam jeden z pracowników. Na pewno znał mnóstwo ciekawych historii, ale niestety nie mówił za dużo po angielsku. Kolejny argument do uczenia się innych języków. Musimy o tym pomyśleć w przyszłości. Znajomość francuskiego, hiszpańskiego lub włoskiego zdecydowanie ułatwiłaby nam komunikację. Noc była bardzo zimna więc zrezygnowaliśmy ze spania w tradycyjnym berberskim namiocie i za tą samą cenę dostaliśmy pokój z łazienką, w którym było niewiele cieplej niż na zewnątrz, ale przystaliśmy na tą ofertę. Przed snem zdążyłam jeszcze zrobić psikusa i wysadziłam wszystkie korki. Suszarka do włosów przeciążyła linię i przez parę minut byliśmy odcięci od prądu. Skończyliśmy ten dzień z przytupem.


Wąwóz Dades.


Nazajutrz pojechaliśmy sprawdzić, czy wąwóz Dades słusznie zyskał taką popularność wśród turystów. Drogą prowadziła nas coraz wyżej. W okół pojawiały się coraz to ciekawsze formację skalne. Słońce miło ogrzewało nasze stare kości. Oczy napawały się pięknymi widokami. Ta niesamowita droga z łatwością mogłaby być scenografią do kolejnego odcinka Top Gear. Zatrzymaliśmy się w idealnym punkcie widokowym. Wdrapaliśmy się na najwyższą skarpę i każdy zajął się swoimi obowiązkami. Ja beztrosko chłonęłam piękne widoki, a Remi zatracił się w robieniu zdjęć i wideo. Słońce prażyło nad nami, na niebie nie było ani jednej chmurki. Pod nami droga wiła się niczym serpentyna. Wokół otaczały nas blisko 300m czerwone skały, a u ich stóp leniwie płynęła lazurowa rzeka. Ten miks utwierdził nas tylko w przekonaniu, że matka natura ma nieograniczoną wyobraźnie, a człowiek jest przy niej malutkim okruchem. Tak się tam czuliśmy – malutcy. Nie spiesząc się, wstąpiliśmy na kawę do jedynej kawiarni w tym miejscu. Panorama, która się rozciąga z tarasu restauracji jest nie do opisania. Zdecydowanie było to jedno z najpiękniejszych miejsc, w których byliśmy w życiu. Przejechaliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów i dotarliśmy na dno wąwozu. Byliśmy na poziomie rzeki, która z bliska wcale nie wydaje się spokojna. Przed nami jechała wielka ciężarówka, nagle 300m skały zaczęły się zwężać do tego stopnia, że 5m od prawej krawędzi drogi była rzeka, a 5m od lewej krawędzi drogi była czerwona niczym curry ściana. Po środku wielka ciężarówka, której kierowca z zawziętością naciskał klakson. Zdecydowanie ten widok zostanie w mojej pamięci na długo.

 

 

 

 

 

 

 

Raj dla kierowców

 

 

 

 

 

Noc spędziliśmy w przyjemnym hostelu w Tingirze. Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy w drogę zobaczyć kolejny wąwóz. Tym razem był to wspinaczkowy raj – Todra. Słońce w pełni, a nam ząb na ząb z zimna nie trafiał. Praktycznie cały obszar znajduję się w cieniu, a przeszywający wiatr skutecznie obniża temperaturę odczuwalną. Na dnie wąwozu wartko płynie rzeka. Wzdłuż niej poprowadzona jest droga, na której rozstawione są, a jakże, stragany. W najszerszych miejscach parkują autokary z wycieczkami. Po drugiej stronie rzeki stoi przytulany do skały hotel. Kozacka miejscówka! Skały są monstrualne. Nie da się ogarnąć wszystkiego jednym spojrzeniem. Widzimy kilku wspinaczy na jednej ze ścian. Z naszej pozycji wyglądają jak niewielkie czarne kropki. Z wolna poruszają się na szczyt. Fajnie było by wrócić tu ze sprzętem i samemu je pokonać.

 

 

 

Wąwóz Todra

 

 

 

Pionowe ściany przyciągają wspinaczy

 

 

 

 

 

CRAZY BERBER
Wąwóz Todra będziemy wspominać nie tylko ze względu na zapierające dech w piersiach widoki. To tam poznaliśmy niejakiego „Crazy Berbera” - jak sam siebie nazywał, sprzedawce w jednym z wielu straganów. Spacerując wzdłuż rzeki, zagadał do nas mężczyzna. Był niewysoki, twarz miał spaloną od mocnego słońca, parę zmarszczek otaczało jego oczy. To pewnie od tego szczerego uśmiechu, który nigdy nie znikał mu z twarzy. Chcieliśmy go zignorować, ale to było niemożliwe. Dżordż ( bo tak go nazywałam) ma niezłe gadane. Po kilku chwilach wiedział już skąd jesteśmy, gdzie już byliśmy, jaki mam numer buta i co dalej planujemy. Rozmawiało się nam bardzo przyjemnie. Jego angielski był komunikatywny. Dżordż jest cholernie dobrym sprzedawcą. Tego dnia czekała nas wyprawa przez pustynie, więc Crezy Berber, nie czekając na naszą zgodę, sprawie zawiązał nam na głowach chusty, bez których grzechem byłoby na taką wyprawę się wybrać. Nieźle się przy tym naśmieliśmy. Remi dawał mi znaki, że jego aparat nagrywa to wszystko z ukrycia. Po 10 minutach mieliśmy zatem nowego przyjaciela i 2 chusty, których w ogólnie nie mieliśmy zamiaru kupować. Grzecznie podziękowaliśmy i ruszyliśmy biedniejsi o 340 Mad do auta!

Nie zdążyliśmy się dobrze rozpędzić, a już zatrzymał nas nasz nowy kolega. Poprosił, aby go podwieźć do jego wioski Tamtatouche. Bardzo chciał pokazać nam swój hotel i zaprosić na herbatę. Po chwili zwątpienia, zgodziliśmy się. Crazy Berber gadał jak najęty przez całą drogę. Opowiadał, że języka angielskiego nauczył się od turystów (oprócz tego zna języki : francuski, hiszpański, włoski, i japoński! Powiedzcie mi proszę gdzie tkwi ich sekret? Dlaczego tak łatwo im to przychodzi?!?!?!) Jego dom był na końcu wioski, 15 km stąd. Jak to w Maroko bywa 15km przejeżdżamy w ok 40 min, bo tu asfalt skapitulował, zostawiając miejsce wielkim kamieniom. Tam rzeka postanowiła rozprawić się z mostkiem i trzeba ją pokonać, omijając druty zbrojeniowe wystające niczym kolce kaktusa, we wszystkie strony. W takich miejscach większy zawsze ma pierwszeństwo. My w naszym miniaturowym suzuki grzecznie czekaliśmy na swoją kolej. Mijając kolejne górki, nasz kolega opowiedział nam o kilku rodzinach Nomadów, którzy nadal prowadzą koczowniczy tryb życia i śpią w jaskiniach. Zaproponował nam spędzenie nocy z jedną z tych rodzin. Do jaskini można dostać się autem, albo zapakować rzeczy na osiołka i ruszyć pieszo. Każde z nas powinno dać rodzinie po 50 Mad, a w zamian będziemy mogli przygotować i zjeść z nimi kolację, a także obserwować ich przy codziennych obowiązkach. Nomadzi śpią razem w jaskini. Cała rodzina w niewielkiej dziurze w skale ogrzewa się wzajemnie. W ciągu dnia zajmują się hodowlą owiec i innych zwierząt. Są odcięci od elektryczności. Nie mają religii. Pozostają wolni, nieskrępowani żadnymi dobrami doczesnymi.Nie było się nad czym zastanawiać. Od razu zgodziliśmy się na taką wyprawę i obiecaliśmy Crezy Berberowi, że jutro do niego wrócimy. Usiedliśmy na tarasie, z którego był podobno najlepszy widok w wiosce i popijaliśmy „Berber whisky”, która ta na marginesie, za każdym razem smakowała inaczej.

 

 

Crazy Berber

 

 

 

Najlepszy widok w Tamtatouchte

 

 

 

NOC NA PUSTYNI- MAROKAŃSKA BALANGA

 

 

 

Zasiedzieliśmy się w Tamtatouche przeokrutnie. Niełatwo było pożegnać się z rozgadanym Berberem. Suzuki miało dzień próby. Wyjeżdżając spod hotelu nawigacja pokazywała, że będziemy w Merzoudze przed 17. Mustafa przysłał nam maila, że przed 16 powinniśmy czekać na niego na parkingu przy rogatkach miasta. Musimy wyczarować godzinę. Szczęśliwie na drogach prowadzących do Merzougi ruch był znikomy. Nawet asfalt był w dobrym stanie. Powiem wam w sekrecie, że silnik kilka razy chciał wyskoczyć z biednej „Suzie”. Na umówionym parkingu znaleźliśmy się przed 16! Zadzwoniliśmy do Mustafy, aby zameldować naszą obecność, a on lekko zdziwiony powiedział, że mamy się nigdzie nie ruszać i niedługo przyjedzie po nas jego brat. Podczas 10 min czekania na naszego opiekuna, podjechało do nas ok. 8 innych ludzi, proponując wycieczkę na pustynie. Z uporem maniaka mówiliśmy im nie, ale zwykłe „no thank you” rzadko przynosi błogi spokój. Najlepszą wymówką było powiedzenie, że już mamy taką wycieczkę opłaconą i czekamy właśnie na Mustafę. Nasz gospodarz musiał być poważaną osobą, bo na dźwięk jego imienia natarczywcy grzecznie zostawiali nas w spokoju. Berberowie nie lubią się spieszyć. Powiedziałabym nawet, że oni żyją w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Powiem więcej, wydaję mi się, że to nie w nich jest problem, tylko w nas i im dłużej byliśmy w Maroko, tym bardziej chcieliśmy zamienić nasz szybki tryb życia na ich błogie wylegiwanie się na słoneczku. Po kilkunastu minutach zostaliśmy skierowani do posiadłości Mustafy. Dostaliśmy 15 min na przepakowanie najpotrzebniejszych rzeczy tj. co najmniej butelka wody na osobę, co zostało skrzętnie sprawdzone, zanim wsiedliśmy na wielbłądy; ciepłe ubrania- wierzcie mi, na pustyni jest cholernie zimno! Jeśli wydaje wam się, że jedna bluza i długie spodnie są wystarczające, to polecam w listopadowy wieczór wyjść z domu w samej koszulce i spodenkach, wsiąść na rower pojechać do lasu, rozbić namiot i spędzić w nim noc przykrytym tylko kocem! W nocy temperatura na pustyni spada do ok. 0 stopni Celsjusza. Powietrze jest suche, przez co zimno przenika cię do szpiku kości. Gdybyśmy tylko byli mądrzejsi przed szkodą...
Po ok. Pół godziny poznaliśmy nasze wielbłądy. Mnie przypadł zaszczyt jechania na 18letnim Bobie Marley’u, a Remi dumnie siedział na 20 letnim Jimim Hendrix’e. Naszym opiekunem był młodziutki Hamid, który gdyby tylko mówił lepiej po angielsku, na pewno opowiedziałby nam wspaniałe historie. Niestety skończyło się na krótkich wymianach zdań i przyjaznym potakiwaniu, kiedy nie mogliśmy się wzajemnie zrozumieć. Droga do naszego obozu zajęła nam 1.40h. Jeśli po waszej głowie krążą pytania odnośnie do jazdy na wielbłądach, to pozwólcie, że rozwieje wasze wątpliwości. Tak wielbłądy śmierdzą, tak puszczają głośne bąki, tak będzie was boleć pupa gorzej niż po przejechaniu 70 km na składaku „Wigry 3”. Mogę się z wami śmiało założyć, że gdyby postawić wojskową orkiestrę dętą wygrywającą „O mój rozmarynie” obok wielbłąda, to jedyną jego reakcją na te dziwy byłoby beznamiętne skierowanie wzroku w ich stronę, a po chwili wróciłby do swojego zajęcia, czyli stania albo leżakowania. Nasze wielbłądy były tak spokojne, jakby ktoś przełączył je na tryb oszczędzania energii. Tak wiem, że jak im się zachce, to mogą biec z prędkością 65 km/h, a w Dubaju rekordy popularności biją ich wyścigi, ale jest mi niezwykle ciężko wyobrazić sobie coś takiego. Widoki, jakie udało się nam uchwycić na pustyni i to, co wydarzyło się podczas reszty wieczoru, wynagrodziły nam wszelkie nieprzyjemności związane z kołysaniem się w siodle.

 

 

 

Nasze wielbłądy gotowe do jazdy

 

Przed wyjazdem mieliśmy zgoła odmienne wyobrażenie wycieczek na pustynie. Nie sądziliśmy, że jest to tak skomercjalizowane. Pomiędzy wydmami tworzą się korki. Dwa razy musieliśmy przepuszczać inną karawanę. Quady, motory i auta 4 × 4 hałasują z każdej strony. Komercyjność tego miejsca całkowicie nas zaskoczyła. Jednak nawet tłok nie odebrał nam przyjemności z przebywania na największej piaskownicy świata.

 

 

 

 

 

 

 

 

Oprócz naszej dwójki z oferty Mustafy skorzystała jeszcze grupa ok. 12 Marokańczyków i 4 Hiszpanów. Wszyscy poznaliśmy się już na miejscu przy herbacie. Nikt za bardzo się nami nie przejmował. Rozmowy toczyły się w języku arabskim albo hiszpańskim. Nie czuliśmy się zaniedbywani, raczej byliśmy wdzięczni, że nikt nam nie nadskakuje.Na nasz obóz składało się kilka dużych namiotów stworzonych z silnego bambusowego (nie wiem, czy to był bambus) stelaża, a całość przykryta grubymi płachtami przypominające dywan. W środku ciasno stało 8 łóżek polowych. W namiocie panowała całkowita ciemność, ale i ten problem został rozwiązany. Jako, że mieliśmy własny agregat każdy namiot został wyposażony w lampe podczepioną do sufitu. Tak na skraju pustyni, 45 km od granicy z Algierią, która majaczyła na horyzoncie, spędziliśmy niezapomnianą noc.Z czasem zrobiło się bardzo zimno i oboje w głowie przeklinaliśmy naszą bezmyślność podczas pakowania. Wciąż czekając na gorącą kolację, przenieśliśmy się do największego namiotu. W środku zobaczyliśmy dobrej klasy sprzęt DJ ski, światła, stroboskopy i wielkie głośniki. Otworzyliśmy szeroko oczy ze zdziwienia. Czy my to dobrze zrozumieliśmy? Byliśmy pierwszy raz w Afryce, na Saharze i trafiliśmy na imprezę z prawdziwego zdarzenia? Nie... to chyba niemożliwe. Na pewno zjemy kolacje, w tle będzie leciała muzyka, a potem wszyscy grzecznie pójdą spać. Nasi nowo poznani znajomi mieli jednak zupełnie inny pomysł na ten wieczór..Gospodarzem imprezy był wynajęty DJ. Dusza towarzystwa i prawdziwy wodzirej. Jego biały dres dumnie świecił w ultrafiolecie. Miał też czerwoną czapkę z daszkiem, której nie ściągnął nawet na sekundę. Prowadził tę imprezę z wielką wprawą. Na początku mikrofon krążył z rąk do rąk i każdy opowiadał historię. Mogliśmy tylko przypuszczać, że były one niezwykle zabawne, bo niemożliwością było zrozumienie pojedynczego słowa, tak aby złapać kontekst zdania i spróbować domyślić się, o czym oni tak zawzięcie dyskutują. Obserwowaliśmy ich reakcje i mowę ciała z wielkim zainteresowaniem. To naprawdę dziwne uczucie, kiedy nie możesz kogoś zrozumieć! Stopniowo opowiadanie anegdot ustąpiło miejsca śpiewaniu popularnych piosenek. Muzykalność Marokańczyków jest niesłychana. Każda poznana przez nas osoba potrafiła pięknie śpiewać, grać choć na jednym instrumencie i tańczyła z lekkością piórka. Zapytani, kto ich tego nauczył, odpowiadali ze zdziwieniem, że sami się nauczyli, nikt nie musiał im pokazywać. Bardzo przyjemnie było nam to obserwować. Nie wiem, nawet kiedy zostaliśmy wyciągnięci do wspólnych pląsów. Najpierw czuliśmy skrępowanie, zachowywaliśmy dystans. Cóż byliśmy trzeźwi, więc nie wymagajcie od nas cudów. Prawdą jest, że muzyka łagodzi obyczaje. Tańcząc w grupie roześmianych twarzy, czuliśmy się małą jednością. Lody zostały przełamane. Nie wiem jakim sposobem mikrofon trafił w nasze ręce i  ciekawskie oczy wbiły się w moje oblicze. W krótkich słowach podziękowaliśmy za wspaniałe przyjęcie, pochwaliliśmy piękno kraju i jego mieszkańców. Marokańczycy kochają swoje państwo miłością bezwzględną i są z tego bardzo dumni. Mam nadzieję, że złapaliśmy u nich dużego plusa Po pysznej kolacji impreza rozkręciła się na całego. Hiszpanie zaprosili nas do wspólnego stołu, na którym stała ogromna fajka wodna w kształcie złotego kałasznikowa. Ciekawość nie dawała nam spokoju i spytaliśmy Hamida czy takie imprezy są organizowane dla wszystkich grup? Otóż nie. DJ i sprzęt grający zarezerwowane są tylko dla grup marokańskich. Mieliśmy duże szczęście brania udziału w tym małym party. Na zakończenie wszyscy usiedliśmy wokół ogniska i podziwialiśmy niesamowicie rozgwieżdżone niebo. Noc była bardzo zimna. Trudno było wytrzymać w namiocie. Nie mogliśmy zasnąć mimo, że przykryliśmy się 4 grubymi kocami! Alarm obudził nas o 6.30. Gdyby nie mój pęcherz, nie wystawiłabym nosa spod koców nawet za tysiąc funtów. Cali zziębnięci, wdrapaliśmy się na najbliższą wydmę i podziwialiśmy wschód słońca. To był fantastyczny moment. O 7 wsiedliśmy na wielbłądy i wróciliśmy do domu Mustafy na śniadanie.

 

 

 

[i]Puszczamy dymka z Hiszpanami[/i]

 

 

 

 

 

[i]Niesamowite niebo nad Saharą [/i]

 

 

 

 

Zakochałam się w Maroko

 

Tak nam się spodobało na pustyni, że odwlekaliśmy powrót do Tamtaouchte w nieskończoność. Po śniadaniu pojechaliśmy jeszcze raz na pobliskie wydmy i parę godzin robiliśmy nic. Dotarło do nas, że ciągle gdzieś gnamy. Spędzaliśmy w aucie średnio 4h dziennie, żeby przemieścić się do następnego punktu na naszej mapce. Potem łapiąc ostatnie promienie słońca zwiedzaliśmy, szukaliśmy noclegu i kończyliśmy dzień wykończeni. Narzuciliśmy sobie za duże tempo. Dlatego bez wyrzutów sumienia leżeliśmy na piasku, opalając nasze blade oblicza. Było cudownie. Gdy znudziło nam się turlanie po piachu, a nosy zaczęły szczypać od opalania się bez kremu z filtrem, czas było wracać do „Crazy Berbera”. Zajechaliśmy do miasta po małe zapasy na drogę i spotkaliśmy jednego z pracowników Mustfy, z którym bawiliśmy się poprzedniej nocy. Ulegając jego namową wstąpiliśmy do sklepu z wyrobami wytwarzanymi, głównie ręcznie, przez samotne kobiety mieszkające w Merzoudze. Wdowy lub rozwodniczki pracują w tak zwanym „Cooperative”. Pieniądze ze sprzedaży pamiątek pozwalają im się utrzymać. W każdym razie takie dostaliśmy wytłumaczenie od sprzedawcy. Po wejściu do sklepiku zostaliśmy poczęstowani herbatą. Wybraliśmy kilka drobiazgów i zaczęły się negocjacje. Muszę przyznać, że w targowaniu byliśmy bardzo słabi. Nie mogliśmy się w to wkręcić. Wydawało nam się, że upieranie się niższej cenie jest niegrzeczne i z reguły po krótkiej wymianie zdań kapitulowaliśmy. Sztuka targowania się pozostała dla nas nieodkryta.

 

 

 

 

 

 

Tamtatouchte

W drodze powrotnej długo zastanawialiśmy się co zrobić z nocką w jaskini. Doszliśmy do wniosku, że nie jesteśmy do niej przygotowani. Wczorajsza nocleg na pustyni dał nam mocno w kość i perspektywa spania w jaskini nas przerosła. Byliśmy zmęczeni całym tym pędem. Postanowiliśmy wrócić do naszego przyjaciela i odpocząć. Spędziliśmy razem ciekawy wieczór. Crezy Berber zabrał nas na spacer po jego wiosce. Prowadził nas takimi uliczkami, po których sami nie odważylibyśmy się stąpać. Bardzo chciał nam pokazać widok z pewnego opuszczonego domu. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Otaczający nas krajobraz był dość surowy. Dookoła nas, jak okiem sięgnąć, były wysokie góry. Powietrze niosło ze sobą nieprzyjemny chłód. Słońce chowało się za horyzont, a my staliśmy oszołomieni pięknem tej sceny. Pomiędzy zbocza dwóch gór wciśnięte były żyzne ogrody. Każdy mieszkaniec wioski razem z domem posiadał swój przydział ziemi pod uprawę. Ogródki układały się niczym piękna kolorowa mozaika. Żadne słowa nie są w stanie oddać klimatu tej sceny. Nikt nie odważył się wypowiedzieć nawet słowa w obawie, że czar pryśnie. Odeszliśmy stamtąd, dopiero gdy ostatnie promienie słońca delikatnie muskały ziemie. Wśród tej całej nicości, nie bacząc na trudności, swoim własnym tempem biegło zupełnie inne życie. Wisienką na torcie były głosy z meczetów, które z oddali niosły się echem po Tamtatouchte. Po powrocie do hotelu spędziliśmy czas na wspólnym muzykowaniu i rozmowach. Po śniadaniu ruszyliśmy zobaczyć słynne wodospady.

 

 

 

 

 

 

 

 

KASKADE D'OZOUD

 

Z Tamtatouchte do kaskad prowadzą dwie drogi. Wybraliśmy tą krótszą, a i tak spędziliśmy w aucie 7 bardzo męczących godzin. Suzuki wspięło się na wysokości 2700m, skąd rozpościerała się wspaniała panorama na szczyty pobliskich gór. Następnie przejeżdżaliśmy przez zapomniane przez Boga i ludzi mikroskopijne wioski. Kilka chylących się do ziemi lepianek, na których dachach zamocowane były panele słoneczne, a ze ścian wystawały telewizyjne anteny. To był tak abstrakcyjny widok, że aż przecieraliśmy oczy ze zdziwienia. Zatrzymaliśmy się w jednej z takich wiosek i w sekundę nasz samochód został oblepiony chmarą dzieci. Wcześniej kupiliśmy kilka lizaków, żeby sprawić skrzatom trochę przyjemności. Nie wiem, czy zrobiliśmy dobrze. Chyba w żaden sposób im nie pomogliśmy. Przed wyjazdem przeczytałam gdzieś w internecie, aby nie rozdawać maluchom pieniędzy, szczególnie w obcej walucie. Bardzo mało prawdopodobne jest, że taki brzdąc wsiądzie na osiołka i pojedzie do większego miasta wymienić 2 euro. Poza tym rozdawanie pieniędzy tylko rozleniwia dzieciaki i utwierdza je w przekonaniu, że żebranie jest w porządku. Dzielenie się z nimi słodyczami też nie jest niczym szczególnym, ale widząc te zasmarkane, zmarznięte buźki, myślałam sobie to tylko dzieci zasługujące na małe dziecięce przyjemności. Las rąk wyrósł przed naszymi twarzami i to była walka! Większe dzieci bez skrupułów wyrywały lizaki od młodszych przeciwników. Chciałam obdarować je wszystkie po równo, ale niektóre z nich były zbyt cwane i skończyły z wypchanymi kieszeniami, zostawiając inne dzieci w z niczym. Na twarzach malowała się taka determinacja i smutek. W ich oczach nie wiedziałam ani krzty dziecięcej niewinności. Nie wytrzymałam nawet dwóch minut i krzyknęłam: „jedź!!!” do końca dnia nie mogłam pozbierać i uporządkować myśli na ten temat. Miałam na to za miękkie serce.

 

 

 

Pan osioł dumnie pilnuje drogi

 

 

 

Odcinek specjalny rajdu

 

 

 

Zapomniane przez Boga wioski

 

 

 

 

 

Góry, wszędzie góry!

 

 

 

Szkoły powstają nawet w malutkich wioskach. Przemierzając drogi Maroko spotykaliśmy wiele dzieciaków wracających po zajęciach do domu.

 

 

 

Walka o lizaka

 

Czuliśmy, że brakuje nam powoli motywacji do dalszej jazdy. To, po czym w ślimaczym tempie poruszała się „Suzie”, nie można było nazwać drogą. Przez parę godzin jechaliśmy po ubitym piachu, który gdzieniegdzie zmieniał się luźne kamienie. Nie wydaje mi się, aby kiedykolwiek wcześniej była tam asfaltowa nawierzchnia. Barierek bezpieczeństwa nikt nie zamontował. Kilka razy musiałam się mocniej złapać uchwytów na drzwiach, bo zrobiło się niebezpiecznie. W pewnym momencie zjechaliśmy z asfaltu na drogę pokrytą drobnymi kamyczkami. Jechaliśmy nie więcej niż 60 km/h i wpadliśmy w poślizg. Zarzuciło nami dość mocno, ale na szczęście obyło się bez tragedii. Nawet Remi, którego urzekła jazda górskimi drogami, po 7 godzinach był już zmęczony. Współczułam mu, a z drugiej strony cieszyłam, że to nie ja prowadzę. Im bliżej wodospadów byliśmy, tym było cieplej. Do celu dotarliśmy przed 17.Szum wody spadającej z wysokości 110 m słychać z daleka. „Ozoud” z języka berberskiego oznacza oliwę. Wodospad nazwano tak ze względu na otaczające go gaje oliwne, w których harcują małpy. Doszliśmy do platformy widokowej i zostaliśmy tam dłuższą chwilę podziwiając bajkowy krajobraz. Największe wrażenie kaskady zrobiły na nas, gdy podziwialiśmy je z dołu. Wdrapaliśmy się na niewielką skałkę wystającą z wody w idealnym miejscu. Wydawało się, że matka natura postawiła go tam specjalnie, myśląc: „ ciepnę sobie tutaj kamlota, niech włażą i podziwiają, jaki mam rozmach!” Zapadał zmrok, a głód doskwierał nam coraz bardziej. Nie pozostało nam nic więcej jak znaleźć nocleg. Wróciliśmy do auta i mimochodem zapytaliśmy parkingowego o jakiś tani hostel. Odpowiedział, że niestety nie wie. Musiał odczytać na naszych twarzach prawdziwy zawód, bo po chwili zastukał w szybę i pokazał nam młodego chłopaczka stojącego obok niego. Okazało się, że młody pracuje w hostelu i może załatwić nam atrakcyjną cenę. Nie mieliśmy siły na dłuższe poszukiwania. We trójkę ruszyliśmy do Hostel de France.

 

 

 

 

 

 

 

 

Doczekaliśmy się w końcu kolacji i pochłonęliśmy ją łapczywie. Chłopak, który nas tu przyprowadził, przysiadł się do nas i zaczęliśmy standardową rozmowę. Azden- bo tak miał na imię miał może 22 lata. Wysoki i szczupły ubrany był w modne markowe ciuchy. Można było śmiało stwierdzić, że kocha swoje włosy niczym Cristiano. Po kolacji zaproponował nam przechadzkę po okolicy. Ruszyliśmy za nim wąską ścieżką, która doprowadziła nas na szczyt 110m skały, z której z hukiem spadały hektolitry wody. Przepaść dzieląca nas od dna wodospadów nie była ogrodzona żadnymi zabezpieczeniami. Nie było tam także oświetlenia. Pod osłoną nocy kaskady robią zupełnie inne wrażenie. Staliśmy wpatrzeni w czarną otchłań, dźwięk przelewającej się wody był w pewien sposób hipnotyzujący. Dopiero głos naszego nowego przyjaciela wyrwał nas z odrętwienia. Ruszyliśmy spokojnie na drugą stronę wodospadu. Dobrze, że mieliśmy go za przewodnika, bo sami nie odważylibyśmy się włóczyć o tej porze po wiosce. Na noc lampy oświetlające ulice zostają wyłączone i panuje całkowita ciemność. W drodze powrotnej rozmowa zeszłą na temat narkotyków. Azden powiedział nam, że sięga po nie bardzo dużo młodych ludzi. Hasz palą tu prawie wszyscy. Jest tak popularny, jak palenie papierosów. Pewnie ze względu na jego cenę i dostępność. Marokańczycy nazywają go „berber aspirin”, bo łagodzi wszelkie bóle. Gorszą zarazą jest kokaina. Nasz kolega sam był od niej uzależniony. Opowiedział nam, że przez dwa lata zaczynał dzień od długiej kreski. Pracował jako barman w klubie nocnym, więc miał łatwy dostęp do wszelkiego rodzaju używek. Nie ukrywał, że uciekanie w narkotyki i alkohol jest bardzo popularne wśród młodych ludzi. Zapytaliśmy Azdena czy wyjazd do Europy jest dla nich łatwo osiągalny. Odpowiedział nam, że jeśli uda ci się wyjechać na wymianę studencką lub staż, państwo nie ma nic przeciwko, ale jeśli chcesz wyjechać w poszukiwaniu pracy i dostać wizę na dłużej jest to prawie niemożliwe. Marokańczycy nie lubią rozmów o polityce i rodzinie królewskiej, nam jednak udało się wypytać, na czym polega ich problem z Algierią. Na granicy tych dwóch państw stale toczą się konflikty. Azden wyjaśnił, że wielu Marokańczyków wyjechało z kraju, gdy było źle. Teraz kiedy nowy władca postawił Królestwo na nogi, chcieliby wrócić. Niestety nie jest to takie proste. Ponadto Algieria rości sobie prawa do Sahary, twierdząc, że Maroko przywłaszczyło sobie tę ziemię. Tak naprawdę kryjąc za tym chęć ekspansji na terytorium Królestwa Maroka, aby zyskać dostęp do oceanu. Ciężko nam to sprecyzować, wszak żadni z nas politolodzy. Azden opowiadał to z takim zaangażowaniem, że mu uwierzyliśmy. Powoli wyczerpaliśmy temat do dalszej rozmowy i poszliśmy spać.Rano, przy śniadaniu, poznaliśmy dwóch sympatycznych Włochów, którzy podróżują na rowerach. Mieli 6 tyg. pedałowania za sobą. Wyglądali na zmęczonych. Opowiedzieliśmy im pokrótce nasze doświadczenia z nocy na pustyni, czym rozwialiśmy ich wątpliwości, czy wybrać się na Saharę. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy do Marrakeszu. Do 18:00 musieliśmy oddać auto.

 

MARRAKESZ NA DO WIDZENIA

 

Nieubłaganie nasz czas w Maroko zbliżał się ku końcowi. Została nam ostatnia noc w Marrakeszu. Przed wyjazdem zabukowałam tylko dwa noclegi: pierwszy i ostatni. Mówiąc szczerze, to był błąd. Po pierwsze dlatego, że to bardzo nas ograniczało. Taki nocleg trzeba znaleźć. Niestety nie zaopatrzyliśmy się w plan miasta i polegaliśmy tylko na aplikacjach w telefonie. Maps.Me doprowadzało nas do szewskiej pasji! Było beznadziejne. Googlemaps nie udostępniało map Maroko offline, więc potrzebowaliśmy połączenia z internetem. Transfer danych w roamingu nie działał. Poszukiwania hotelu kończyło się kłótnią i fochami. Nie inaczej było tym razem. Hostel, który znalazłam przed wyjazdem znajdował się w północno-zachodniej części medyny. Zaparkowaliśmy auto przy postoju taksówek i ruszyliśmy przez labirynt uliczek pieszo. Po pierwszych krokach wiedziałam, że muszę stamtąd jak najszybciej uciec. Souk (targowisko), na który trafiliśmy tętnił życiem. Było tłoczno. Niewielu turystów tam trafiało. Bezskutecznie szukałam wzrokiem białych twarzy. Czułam się tam niepewnie. Wszystkie mijane osoby gapiły się na nas jak na małpy w zoo. Znowu zaczęły się nawoływania w naszym kierunku. Ulice były obskurne i bardzo brudne. W niczym nie przypominały tych znajdujących się bliżej placu Jamma El Fna. Te nie były „przystrojone” pod turystów. Mijaliśmy stragany z brudnymi owocami i warzywami. Klatki z kurami i innym ptactwem na sprzedaż. Warsztaty, w których mężczyźni naprawiali kilka skuterów naraz. Znowu każdy do nas zagadywał, chciał czegoś, próbował sprzedać hasz. Dostałam lekkiego ataku paniki. To miejsce wyglądało jakby wycinanie nerek turystom, było tematem rozmów przy śniadaniu. Musiałam stamtąd uciec! Kłóciliśmy się, bo Remi upierał się, żeby tam zostać. Kolejnym powodem, dlaczego nie warto bukować noclegu przed wyjazdem, jest fakt, iż na jeden ulicy potrafi znajdować się kilka riadów. Wyobraźcie sobie sytuację, gdy od blisko godziny. Bezskutecznie szukamy swojego noclegu. W głowie kłębią się myśli. Zastanawiamy się, czy booking ściągnie nam pieniądze, jeśli się nie pojawimy w hotelu? Musimy to znaleźć! A wszystkie 34 obiekty, które do tej pory minęliśmy, okazały się nie tym, którego szukamy? Dużo lepszym pomysłem jest wybieranie miejsc do spania na miejscu. Grudzień nie jest obleganym miesiącem, nie powinno być problemów ze znalezieniem wolnego miejsca. Nawet w szczycie sezonu nie jest trudno o pokój. Dopięłam swego i przenieśliśmy się bliżej placu Jemaa El Fna. Wstyd mi trochę za to, jakim cykorem byłam, ale po prostu nie mogłam tam zostać.Przenieśliśmy się do bardziej turystycznej części medyny. Znaleźliśmy bardzo przyjemny riad. W końcu udało nam się coś wytargować i zbiliśmy cenę za nocleg ze śniadaniem z 400 na 300 mad. Pojechaliśmy oddać auto do wypożyczalni. Tym razem spotkaliśmy się z innym pracownikiem i po krótkich oględzinach rozstaliśmy się z naszą srebrną strzałą. Oddaliśmy ją „bogatszą” o 1300 km. To była wspaniała przygoda! Poklepaliśmy ją z czułością po masce i odeszliśmy w swoją stronę. Bez żadnego planu na resztę wieczoru ruszyliśmy z powrotem na plac. Po drodze odprężyliśmy się w Cyber Parc Moulay Abdessalam. Na chwilę zatrzymaliśmy się przy meczecie Kutubijja. Pierwsza budowla powstała tu w połowie XII wieku. Jak się jednak okazało budowniczy popełnili błąd i meczet nie został skierowany idealnie w stronę Mekki. Pomyłka była minimalna. Różnica wynosiła zaledwie kilka stopni, ale gdyby ktoś chciał ruszyć na pielgrzymkę, to nigdy nie dotarłby do świętego miejsca. Decyzja zapadła. Meczet został rozebrany i w 1199 roku zbudowano nową świątynię. Po zdemontowanej budowli z 1147 roku pozostały tylko kolumny. Kręciliśmy się tak bez celu, kupiliśmy kilka pamiątek. Burczenie w żołądku nie dawało nam spokoju i ruszyliśmy na kolację.

 

 

 

Cyber Parc Moulay Abdessalam to dobre miejsce na krótki odpoczynek

 

 

 

Podstawy kolumn to jedyne pozostałości po pierwotnej świątyni

 

 

 

Meczet Kutubijja to wizytówka Marrakeszu i dobry punkt orientacyjny. Znajduje się 3 min od placu Jamma El Fna

 

Stragany dopiero się rozstawiały. Tłok był większy niż zwykle, bo w mieście odbywał się akurat festiwal filmowy i na środku placu został rozstawiony wielki ekran. Ludzie zaczęli się przed nim tłoczyć, aby zapewnić sobie jak najlepsze miejsca na seans, który miał się zacząć o 20:00. Bez zbędnego zastanawiania się wybraliśmy pierwszy z brzegu stragan i usiedliśmy do kolacji. Stopniowo robiło się coraz tłoczniej i wszystkie miejsca przy naszym stole zostały zajęte. Naprzeciwko nas usiadł młody Marokańczyk. Miał może 19 lat i szaleństwo w oczach. Był bardzo pobudzony, nie mógł usiedzieć na miejscu. Nie chce wyrokować, ale przypuszczam, że był naćpany. Czekaliśmy na swoje dania i kelner zauważył Remka aparat. Sam zaproponował, żebyśmy zrobili im parę zdjęć. 
Nagle wyskakuje przed aparatem ten młody Marokańczyk i zaczyna się pieklić:
- Mówicie po angielsku? Pyta.
- Tak, o co chodzi? Odpowiadamy z lekkim uśmiechem na ustach.
- Nie możecie robić sobie zdjęć, bez opłaty! Oni pracują, a wy robicie zdjęcia! Dajcie pieniądze! Krzyczy! Miesza angielski z francuskim i nie możemy zrozumieć co tam duka. Doskakuje do nas kelner i stara się mu coś wytłumaczyć po arabsku, a nas przeprasza. Śmiejemy się w twarz temu szaleńcowi i wracamy do konsumowania naszej kolacji. Odchodzimy od stołu, a ten wariat rusza za nami. Z miejsca, w którym jedliśmy, do hotelu mieliśmy może 5 min. Poszliśmy po cieplejsze ciuchy. Remiego chyba coś tknęło i po chwili się odwrócił. Mówi do mnie:
- Paulina, on nas śledzi!
- Kto niby? Pytam z niedowierzaniem.
- Ten typ co chciał kasę za zdjęcia! Ten wariat!!!
Teraz ja się odwracam i widzę tą jego dziecinną buzię. Szaleństwo w jego oczach mnie przeraża. Szedł parę metrów za nami. Gdy spotkał mój wzrok, nawet nie odwrócił twarzy. Na ustach miał cwany uśmieszek.
- Spróbujmy dać mu się wyprzedzić! Niedługo dojdziemy do skrzyżowania dwóch uliczek. Nasz hotel jest po prawej stronie. Zwolnijmy i zobaczymy co zrobi. Będzie musiał nas wyprzedzić i iść dalej - proponuje.
Zwolniliśmy tak mocno, że prawie w nas wpadł. Nie miał dużego wyboru. Ominął nas, ale nie ruszył do przodu. Zatrzymał się na środku skrzyżowania i nas obserwował. Do hotelu było może 10m. Idziemy! Nie będzie nas tu nikt zastraszał! Skręciliśmy w prawo i weszliśmy do naszego riadu. Remi zasłonił mi sobą drzwi, ale i tak zauważyłam, jak ten wariat mija nasz hostel. Serce łomotało mi jak szalone. Teraz wie gdzie mieszkamy. Próbujemy myśleć racjonalnie. Co mógłby nam zrobić? Remi jest od niego 2 razy większy i bez problemu sobie z nim poradzi. Z drugiej strony jesteśmy w jego mieście. Może ma jakiś znajomych zabijaków?! Nie mamy pojęcia co sobie wkręcił! Może włamie się nam do pokoju i nas okradnie?! Odechciało mi się wychodzić. Remi stara się wybić mi te bzdury z głowy, ale nie mogę opanować myśli. Czekamy 30 min i wychodzimy z powrotem na plac. Nie będzie nam tu kurdupel dyktował warunków! To śmieszne, jakie historie podpowiada nam mózg. Idziemy przed siebie, ale głowy kręcą się na wszystkie strony. Nagle zauważamy ludzi, którzy zachowują się dziwnie. Chyba nas obserwują. Pewnie to jego znajomi, a ten kurdupel zaraz wyskoczy nam zza pleców. Siadamy na tarasie jednej z restauracji i obserwujemy ludzi na placu. Na wielkim ekranie migoczą sceny jakiegoś horroru i przeraźliwe krzyki rozbrzmiewają mi w uszach echem. Nie polubię Marrakeszu! Wiem to na pewno.

Wylot do Glasgow mamy o 16:00. Zostało trochę czasu na ostatnie zakupy i zwiedzanie. Decydujemy się odwiedzić ogrody Majorelle. Łapiemy taksówkę na ulicy przy meczecie Kutubijja. Za kurs do Jardin Majorelle zapłaciliśmy 30 mad. Telepiemy się starą Dacią, która nie wiem jakim cudem jeszcze trzyma się drogi. Wyświetlacz pokazuje ponad 300 tys. przejechanych kilometrów. Do ogrodów dojechaliśmy w niecałe 10 min i stanęliśmy w kolejce po bilety. Cena jest nieadekwatna do tego, co znaleźliśmy za zamkniętą bramą. Zgadzam się, że jest to bardzo ładne miejsce i cudownie było usiąść w cieniu drzew na ławce, podziwiając otaczającą nas naturę. Jednak wystarczy 15 min, aby przejść wszystkie ścieżki. Miejsce te jest typowo dla turystów. Cena skutecznie odstrasza miejscowych. 70 mad jest jakąś abstrakcją. Nie spędziliśmy tam nawet godziny. Zrobiliśmy ostatnie zakupy i zjedliśmy pyszny obiad. Taksówkę na lotnisko również złapaliśmy z ulicy i za kurs z pobliża medyny na lotnisko zapłaciliśmy 70 mad. Kierowca powiedział, że to cena zaporowa i za mniej i tak nie pojedziemy, więc nie ma nad czym się zastanawiać. Upchaliśmy się na tylnej kanapie i ruszyliśmy na samolot.

 

 

 

Ogród został zaprojektowany w latach 20-tych XX wieku przez Jacquesa Majorelle, w latach 80-tych stał się własnością Yves Saint Laurenta i Pierra Berge. Ogród znajduje się z dala od zatłoczonej medyny jest oazą spokoju w głośnym mieście.

 

 

 

 

 

 

 

Zastanawiałam się, czy czekają na nas jeszcze jakieś przygody, ale oprócz pijanego w sztok faceta, który przez cały czterogodzinny lot zwracał swoją treść żołądkową, nie było niczego nadzwyczajnego.Glasgow przywitało nas obfitym deszczem. Najchętniej wzięłabym jeszcze parę dni urlopu, żeby nie wracać do nudnej pracy biurowej. W mieszkaniu było 14 stopni. Schowałam się pod kołdrę i nastawiłam alarm na 7.30. Bałam się zamknąć oczy, bo wiedziałam, że jutro zderzę się z rzeczywistością i będzie to bardzo bolesne przeżycie. Trzeba było wziąć sobie jeszcze jeden dzień wolnego, żeby przestawić się na dorosłość.

 

KONIEC

 

 

 

Nasza trasa

 

Podsumowań nadszedł czas. Mieliśmy wielką przyjemność spędzić siedem dni we wspaniałym kraju. Kraju, którego piękno to nie tylko cudowne widoki i natura, ale przede wszystkim jego mieszkańcy. Przez tydzień spotkaliśmy na swojej drodze ludzi o wielkim, otwartym sercu. Za wszystkie wspólnie spędzone chwilę należy się im ogromne podziękowanie. Pokonaliśmy 1300 km. Każda, nawet najbardziej męcząca, minuta tej podróży była piękna. Spełniliśmy jedno z naszych marzeń- spędziliśmy noc na pustyni. Mieliśmy okazje podziwiać niesamowitą przyrodę i krajobrazy. Poznaliśmy ludzi, od których zaraziliśmy się radością życia. Maroko nas urzekło. Jesteśmy dumni ze sposobu w jaki zaplanowaliśmy tę podróż. Byliśmy przygotowani, kiedy było to potrzebne, ale zachowaliśmy też luz i spontaniczność, gdy sytuacja tego wymagała. Myślę, że znaleźliśmy złoty środek. Trasa była wymagająca, ale nie niemożliwa do pokonania. Następnym razem, a wierze, że taki będzie, postaramy się zobaczyć mniej, ale poświęcimy na to więcej czasu. Ciężko wskazać najlepszy i najgorszy moment tej podróży. Jedna rada przychodzi mi do głowy. Marrakesz, choć jest pięknym miastem i punktem obowiązkowym, nie powinien wpłynąć na ogólny odbiór kraju. Dlatego radzimy wam poświęcić na niego nie więcej niż 1-2 dni i ruszyć w głąb lądu. Gwarantuję wam, że zakochacie się w „ Perle Afryki” tak jak wielu przed wami i wielu, wielu po was. Szukram!

 

Wydatki

 

NOCLEG

 

Sindi Sud Marrakesz =200 mad
Bivouac La Palmeraie Warzazat (śniadanie wliczone w cene)=335 mad 
La Kasbah Tinghir =250 mad 
Tafouyt Auberge “crezy berber” Tamtatouchte (kolacja I śniadanie w cenie) =300 mad 
Hotel De France Ozoude=330 mad
Jnane Mogador (śniadanie wliczone w cenę) Marrakesz=300 mad
RAZEM
1715 mad/ 124,40 ₤/ 693,52 zł*


JEDZENIE


980 mad/ 71 ₤/ 396,24 zł*
BENZYNA

694 mad/ 50 ₤/ 280,80 zł*
INNE

1153 mad/ 83, ₤/466,25 zł *

 

Wydatki w euro


Wypożyczenie auta=163 euro 
wycieczka na pustynie= 70 euro

Razem 233euro/ 2523,25 mad 88₤/ 490,65zł *


RAZEM NA DWIE OSOBY
7065,25 mad/ 515,84₤/ 2852,54 zł *


*wszystkie obliczenia wykonane zgodnie z kursem walut na dzień 23/02/16

 

PRZYKŁADOWE CENY W MAROKO
2l butelka wody 10 mad
kawa 10 mad 
opłata za parking 5 mad
mandat za brak opłaty parkingowej 40 mad i blokada
benzyna 7,34 mad za litr 
świeżo wyciskany sok 4 mad za kubek
nocleg ze śniadaniem średnio 300mad
śniadanie w restauracji do 50 mad
kolacja dla 2 osób duże porcję do 200 mad
olejek arganowy 40 mad za małą butelkę

 




Galeria zdjęć
brak zdjęć do tej relacji
Ostatnio dodane komentarze
Pulcheria

Normal Normal Normal Normal Normal Normal Normal Normal
02.03.2016
autor: Pulcheria

Cudowna relacja! Szkoda tylko, że nie ma zdjęć... To znaczy, po podpisach widzę, że są, ale mi się nie wyświetlają, może się nie wgrały? Spróbuj wrzucić jeszcze raz, bo wspaniale się to czyta i czuję, że po prostu MUSZĘ zobaczyć, o czym piszesz!

Co do szukania hostelu na miejscu- to też są kombinacje alpejskie. Często właściciele wiedzą (nie wiem jakim cudem, ale wiedzą!), że nie masz wyboru i rzucają cenę z kosmosu. Jak się człowiek nie umie targować, to wyduszą ostatni grosz. :)



Kopiowanie i rozpowszechnianie materiałów zawartych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.
© Tubylismy.pl, www.tubylismy.pl - All right reserved. Utrzymanie portalu: WebsiteInit.

Tubylismy.pl on Facebook